Category: Muzyka


Nachtmahr tribute.

 

 
Nachtmahr to jeden z ulubionych zespołów Magdy, który mieliśmy przyjemność oglądać na niedawnym festiwalu Castle Party w Bolkowie (szkoda tylko, że tak krótko – bo widownię jak i muzyków rozpędziła burza). Jako, że podczas festiwalu postanowiłem poświęcić więcej czasu na dobrą zabawę niż robienie zdjęć Magda wróciła bez porządnie sfotografowanej stylizacji, którą sobie przygotowała specjalnie na koncert w/w kapeli. Po powrocie postanowiłem jej to wynagrodzić ;)

 
Ważna informacja: po pierwsze, po drugie i po ostatnie – sesja nie propaguje nazizmu ani ideologii totalitarnych. Cała rzecz zostaje na poziomie estetyki – gdyby tak nie było, to grupy rekonstrukcyjne Wehrmachtu byłyby nielegalne ;) Dziękuję za uwagę i zapraszam do oglądania.

 
For english viewers (since there is a lot of them, judging by my stats here): this photoshoot doesn’t praise (in any form) nazism, totalitarian regimes and other things alike. It’s a matter of aesthetics only.

 

DSC_8948rs

 

DSC_8980crs

 

DSC_8997crs

 

DSC_9011crs

 

DSC_9069crs

 

DSC_9104-2crs

 

DSC_9125-2crs

 

DSC_9144-2crs

 

DSC_9164-2crs

 

DSC_9181crs

 

DSC_9188crs

 

Trees in winter.

Here we stand, stand here like trees in winter
Hurt each other with words, with words of splinters
All our dreams will melt like the snow
Unknown, unfelt by the herd below

But they say that love will come one day
But I think we might see idiots are easily deceived

 

Scan-140119-0003rs

 

Scan-140119-0001rs

 

Scan-140119-0006rs

 

Scan-140119-0005rs

 

Scan-140119-0009rs

 

Scan-140119-0007rs

 

 

Specjalne i serdeczne podziękowania dla A., bez którego sesja nie odbyłaby się i nie miała takiego kształtu.

Paper cities.

Kolor, Toruń, Piła. Słońce i miejsca.

Tu do posłuchania:

Steven Wilson – Veneno Para Las Hadas

Jajebęł. Wiem, że to w założeniu miał być fotoblog, i w ogóle blożek fotograficzny (i f ogle oh), ale jako człowiek, który w życiu ma szczęście posiadać więcej niż jedną pasję, jakoś nie jestem w stanie, mimo samobiczowania się i innych numerów rodem z podręcznika średniowiecznego eremity (czy innego fetyszysty bdsm) powstrzymać się przed wrzuceniem tu od czasu do czasu także czegoś z dziedziny okołomuzycznej, któraż to takżeż wypełnia mi pokaźny kawałek żywota mego.

A więc. Tytuł widzieli. To teraz polecam zaopatrzyć się w aplikowane doodbytniczo środki uspokajające, głupiego jasia, 1200 mikrogramów dietyloamidu kwasu lizergowego lub w pierogi „U Jędrusia” z Biedronki. Zapraszam do oglądania absolutnego geniuszu twórców z gatunków okołogotycko-ebmowo-darkelectrowo-chujwiejakich. Boże, noszę się z poważnym zamiarem posłania im propozycji, że ja im ten teledysk zrobię następną razą.

Stacja  pierwsza. Colony5 – Plastic World

Pan generalnie bardzo chce zjeść mikrofon i śpiewa, jakby coś miał w odbycie. Klawiszowiec w cudny sposób nawiązuje do najlepszych skeczy kabaretu Mumio. Myślę, że chłopaki mają przed sobą nie lada przyszłość w dziedzinie przekazów audiowizualnych, po ugruntowaniu sobie należnej pozycji w dziedzinie przekazów audio.

Stacja druga – jezus bierze krzyż do wanny. Znaczy się:

Suicide Commando – Die Mutherfucker Die

Roy, kuwa… Do tej pory byłem święcie przekonany, że głos tego człowieka jest w stanie zabić karpia w wannie. Albo pięcioletnie dziecko. Zwłaszcza pięcioletnie dziecko. W wannie. Jak wiemy, w niektórych krajach niemogące być kąpane przez tatusia bo to pedofilia. Ale ad rem.

Po tym teledysku karp w wannie zmarł ze śmiechu [*] Nie pomoże nawet muzyka, której sam szatan słucha w piekle jak ma doła. Ten teledysk jest jak jedna wielka sesja na maxmodels. Jest tu wszystko – lasie typu piczon, miejscowa desaturacja (tak, że tylko czerwone widać), pistolety z dupy, dramatyzm godny przedszkolaka po zjedzeniu łyżki kreta i w ogóle im dłużej oglądam, tym mimo woli tracę rispekt do jednego z najulubieńszych mych zespołów z tego gatunku. Autor winien sobie założyć konto na wyżej wzmiankowanym portalu i ustawić doświadczenie „duże”. Ofkoz noł teefpe.

Stacja trzecia – And One – So klingt Liebe

Ja też jestem pewien, że tak brzmi miłość. Zwłaszcza, kiedy wokalista wygląda jak Forrest Gump i wokoło latają kolorowe smoczki i niemieccy emeryci. Brakuje tylko pierogów „U Jędrusia” z biedronki. Na pocieszenie tylko napiszę, że to już charakterystyka zespołu, że najpierw robi dobrą muzykę, a potem na płycie następuje kawałek bądź dwa, który powoduje opad szczęki co najmniej taki, jakbyście zobaczyli Lolę Ferrari w gościnnej roli w Ulicy Sezamkowej. Do dziś się mocno zastanawiam, co o nich myśleć.

To na tyle. Chciałem wrzucić parę ostatnich zdjęć, ale odseparuję się na razie bezpiecznie na odległość notki. Niedługo się pojawi coś nowego, tym razem już w 100% związanego z tematyką bloga. Wszystkich internetowych trzepigruchów uprzejmię informuję, że z dużym prawdopodobieństwem nie będzie cycków. Smutecheq :<

pozdro, ukło

All’s well in hell.

Dzisiejszą notkę sponsoruje piosenka zespołu Sol Invictus pod tożsamym z notką tytułem.

Sol Invictus – All’s well in hell

Bo dlaczego by nie?

 

 

 

 

I mały bonus w kolorze, z drugiego aparatu:

 

 

Ot.