Jajebęł. Wiem, że to w założeniu miał być fotoblog, i w ogóle blożek fotograficzny (i f ogle oh), ale jako człowiek, który w życiu ma szczęście posiadać więcej niż jedną pasję, jakoś nie jestem w stanie, mimo samobiczowania się i innych numerów rodem z podręcznika średniowiecznego eremity (czy innego fetyszysty bdsm) powstrzymać się przed wrzuceniem tu od czasu do czasu także czegoś z dziedziny okołomuzycznej, któraż to takżeż wypełnia mi pokaźny kawałek żywota mego.

A więc. Tytuł widzieli. To teraz polecam zaopatrzyć się w aplikowane doodbytniczo środki uspokajające, głupiego jasia, 1200 mikrogramów dietyloamidu kwasu lizergowego lub w pierogi „U Jędrusia” z Biedronki. Zapraszam do oglądania absolutnego geniuszu twórców z gatunków okołogotycko-ebmowo-darkelectrowo-chujwiejakich. Boże, noszę się z poważnym zamiarem posłania im propozycji, że ja im ten teledysk zrobię następną razą.

Stacja  pierwsza. Colony5 – Plastic World

Pan generalnie bardzo chce zjeść mikrofon i śpiewa, jakby coś miał w odbycie. Klawiszowiec w cudny sposób nawiązuje do najlepszych skeczy kabaretu Mumio. Myślę, że chłopaki mają przed sobą nie lada przyszłość w dziedzinie przekazów audiowizualnych, po ugruntowaniu sobie należnej pozycji w dziedzinie przekazów audio.

Stacja druga – jezus bierze krzyż do wanny. Znaczy się:

Suicide Commando – Die Mutherfucker Die

Roy, kuwa… Do tej pory byłem święcie przekonany, że głos tego człowieka jest w stanie zabić karpia w wannie. Albo pięcioletnie dziecko. Zwłaszcza pięcioletnie dziecko. W wannie. Jak wiemy, w niektórych krajach niemogące być kąpane przez tatusia bo to pedofilia. Ale ad rem.

Po tym teledysku karp w wannie zmarł ze śmiechu [*] Nie pomoże nawet muzyka, której sam szatan słucha w piekle jak ma doła. Ten teledysk jest jak jedna wielka sesja na maxmodels. Jest tu wszystko – lasie typu piczon, miejscowa desaturacja (tak, że tylko czerwone widać), pistolety z dupy, dramatyzm godny przedszkolaka po zjedzeniu łyżki kreta i w ogóle im dłużej oglądam, tym mimo woli tracę rispekt do jednego z najulubieńszych mych zespołów z tego gatunku. Autor winien sobie założyć konto na wyżej wzmiankowanym portalu i ustawić doświadczenie „duże”. Ofkoz noł teefpe.

Stacja trzecia – And One – So klingt Liebe

Ja też jestem pewien, że tak brzmi miłość. Zwłaszcza, kiedy wokalista wygląda jak Forrest Gump i wokoło latają kolorowe smoczki i niemieccy emeryci. Brakuje tylko pierogów „U Jędrusia” z biedronki. Na pocieszenie tylko napiszę, że to już charakterystyka zespołu, że najpierw robi dobrą muzykę, a potem na płycie następuje kawałek bądź dwa, który powoduje opad szczęki co najmniej taki, jakbyście zobaczyli Lolę Ferrari w gościnnej roli w Ulicy Sezamkowej. Do dziś się mocno zastanawiam, co o nich myśleć.

To na tyle. Chciałem wrzucić parę ostatnich zdjęć, ale odseparuję się na razie bezpiecznie na odległość notki. Niedługo się pojawi coś nowego, tym razem już w 100% związanego z tematyką bloga. Wszystkich internetowych trzepigruchów uprzejmię informuję, że z dużym prawdopodobieństwem nie będzie cycków. Smutecheq :<

pozdro, ukło

Advertisements