Czytam ostatnio sporo o fotografii, widzianej z perspektywy nieco bardziej mojej – to jest socjologicznej. Wniosków panowie badacze przytaczają masę, wiele bardzo smutnych – jak to w książkach socjologicznych, wiadomo. Sporo jest o onanizmie sprzętowym (który jak wynika z badań dotyczy właściwie przytłaczającej większośc fotoamatorów – taka prawda, że większość ludzi jarają bardziej nowe błyszczące aparaty niż zdjęcia), ale znalazło się też parę słów o onanizmie technicznym (chociaż nie nazwanym tak wprost). Wiecie o co mi chodzi? O to, gdy panowie od Nikonów na forach utożsamiają tzw. poziom techniczny zdjęć z ich wartością. W mojej skromnej opinii to zjawisko jest chyba nawet gorsze od jarania się tylko i wyłącznie sprzętem. Sprzętostwo ma to do siebie, że ma jeszcze jakieś uzasadnienie w kolekcjonerstwie i ludzką twarz (sam spotkałem paru przemiłych gości zafascynowanych zbieraniem aparatów – o ogromnej o nich wiedzy itp. co było fajne), ale techniczny, to jest zdjęciowy onanizm to jest już jakieś zjawisko patologiczne, porównywalne chyba z martwicą mózgu, nie wiem. Rafał Drozdowski opisuje to zjawisko w swojej książce “Obraza na obrazy” jako zredukowanie problemów estetycznych, do problemów warsztatowych, technicznych. Znacie to. Wszystkie narzekania na to, że przepały są be, że w cieniach nie ma szczegółów (a na cholerę miałyby być?), że kadr jest centralny, a to przecież błąd (rotfl), że szum się pojawia i musisz kupić Nikona D3x, żeby móc robić zdjęcia, bo inaczej to się nie da! no nie da się! (olaboga, straszne – to w tym momencie zdjęcia wielu znanych fotografów naznaczone czarno-białym ziarnem są już nie do publikacji, si? zdjąć z muzeów?). Generalnie można by wkleić cały artykuł “Wielcy fotografowie w Interncie”, który zresztą mogę wkleić, jeżeli ktoś go jeszcze jakimś cudem nie zna: http://autofocus.blox.pl/2008/01/Wielcy-fotografowie-w-Internecie.html
Wystarczy sobie wejść na dowolne większe forum zajmujące się fotografią, lub najlepiej forum użytkowników danej marki aparatów itp. żeby to zjawisko zauważyć w ilości przytłaczającej, przeradzającej się niejednokrotnie w forumowe wojny i wojenki. Na forach są działy, gdzie umieszcza się swoje prace, by inni użyszkodnicy mogli je ocenić. Wyzwala to niejednokrotnie postawy gorsze, niż znane nam wszystkim tak dobrze wojny systemowe. Ponadto, co jest w pewnym sensie niebezpieczne, jest przekonanie, że ta postawa jest dobra i ma wartości dydaktyczne ważne dla ludzi zaczynających swoją przygodę z fotografią – co jest kompletną bzdurą, bo jedyne co to może chyba wywołać, to zamknąć ich (na krócej, dłużej lub na zawsze) na inne, alternatywne, a nawet dominujące w fotografii estetyki. Osobiście mi się wydaje, że nie zamyka się to tylko w estetyce, ale ma wpływ także na tematykę podejmowanych zdjęć i sposoby jej podejmowania: patrz fotografia ciążowa. Przywołam przykład z autopsji: możecie się domyślić, jaką burzę wywołało opublikowanie na jednym z większych polskich portali fotograficznych zdjęć z wykonanej przeze mnie sesji ciążowej. Burza powstała tylko dlatego, bo pani na zdjęciach radykalnie odbiega od konwencji przyjętej w tego typu fotografii – nie ma radości, tony fotoszopa kryjącej rozstępy, imienia bachorka na brzuszku, kokardek, bucików, aniołków, różowych gówienek wysranych przez różowe chihuahua. Naprawdę, mniej więcej o to chodziło w zarzutach oburzonych (sic!) ludzi. Ot wiecie, kontrowersja dla ubogich ;) Ocenę tych zdjęć oczywiście każdemu pozostawiam do osobistego rozważenia (nie wymagam i nie chcę, żeby każdemu się podobały, jak i nie mam zamiaru z nich robić jakiejś wielkiej sztuki, lol).
Generalnie kończy się to potencjalną degeneracją horyzontów, gustów i smaków wszystkich uwikłanych w to zjawisko. A niżej podpisanemu podnosi ciśnienie za każdym razem, gdy się na to natknie.
Swoją drogą – nie dotyczy to bynajmniej jedynie światka cyfrowego, o nie! Mimo, że zdaje się, że większość ludzi o onanistycznych (pod kątem i sprzętowym i obrazowym) zapędach przesiadła się na cyfrę, w analogowym światku takie jednostki też się często, gęsto pojawiają. Jedyną radą chyba jest pobłażliwie omijać i pozwolić im na celebrowanie swojej zajebistości. Ot.
Ej, namarudziłem się, rozpisałem o różowych chihuahua, koniec tego. Czas na zdjęcia (ktoś w ogóle to przeczytał :D?).





